Często dostaję pytania, jak zaczęłam prowadzić Instagram i jak daję radę połączyć go z pracą i dziećmi. Dziś opowiem to po kolei – bez lukru, z remiksami, spadkami obserwujących i strachem przed kamerą, którego się u siebie nie spodziewałam.
Początek: konto budowane na remiksach
Ponad dwa lata temu popularną metodą budowania konta były remiksy. Udostępniało się cudze rolki na swoim koncie, ale trzeba było dodać coś od siebie – hook, opis, muzykę. W ten sposób budowało się swoje zasięgi, a przy okazji podbijało zasięgi tamtym twórcom.
Robiłam tak przez około pół roku, na pewno nie krócej. W tym czasie konto urosło do około 27–28 tysięcy obserwujących. Potem zrobiłam długą przerwę.
Powrót w styczniu 2026 i spadek obserwujących
Kiedy w styczniu 2026 roku wróciłam, zaczęłam budować konto wyłącznie na swoich treściach – swoich tekstach, rolkach i relacjach. I nagle zaczęłam tracić obserwujących. Ci ludzie przyszli do mnie po zupełnie inne treści niż te, które zaczęłam publikować.
Każda moja publikacja przyciągała kogoś nowego, ale jednocześnie z konta odchodziły kolejne osoby. Na początku bilans był na minusie i dopiero po czasie zaczęłam się odbijać. Dziś konto ma prawie 44 tysiące obserwujących.
Pięć rolek dziennie, czyli wytrwałość
Na początku publikowałam po kilka rolek dziennie, a przez dłuższy czas nawet po pięć. Jak sobie jakiś projekt włożę do głowy, potrafię być bardzo długo wytrwała. I właśnie w ten sposób to konto zaczęło rosnąć.
Strach przed kamerą i oceną w małym mieście
Mam dużą dozę pewności siebie i często miałam poczucie, że nie przejmuję się opinią innych. Ale kiedy miałam stanąć przed kamerą telefonu i zacząć mówić, okazało się, że: „oj, jednak tak nie jest, Kasia”. Jednak trochę mnie to blokowało. Bałam się oceny. A co, jak mi się nie uda? A co, jak będą się ze mnie śmiać, że opowiadam głupoty?
W mieście zawsze ma się poczucie, że to mała społeczność i że dużo osób nas kojarzy. Dlatego na nowym koncie zablokowałam sporo osób – po to, żeby mieć spokojną głowę. Ludzie komentują, oceniają, podśmiewają się, umniejszają. Często pojawiają się komentarze, które nie wnoszą nic wartościowego, a są po prostu ukrytą albo jawną szpilką.
W 100% się tego zrobić nie dało. Z czasem dowiadywałam się, kto mnie obserwuje, ale tych osób już nie usuwałam – to byłaby trochę piaskownica, przecież nic mi nie zrobiły. I tak zaczęłam się oswajać z tym, że jestem z tym kontem kojarzona jako Kasia. Kojarzą mnie osoby z mojego miasta, niektóre wiedzą, gdzie mieszkam, inne, gdzie pracuję. Ta granica anonimowości się zaciera.
Myślę, że to naturalny proces, przez który przechodzi każdy twórca, który musi wyjść ze swojej strefy komfortu. Są pewnie tacy, dla których stanie przed kamerą nie jest niczym niekomfortowym. Ale ci, którzy muszą się przełamać, często czują dokładnie to samo, co ja.
Decyzja: traktuję to konto poważnie
Trzeba było podjąć decyzję, czy traktuję to konto poważnie i z szacunkiem do obserwujących. Mogłabym wrzucać tylko kadry wnętrza, ogrodu i tarasu. Tylko czy wtedy mogłabym działać na Instagramie zarobkowo? Raczej nie. Nikt nie kupiłby ode mnie ściereczek Raypath, gdybym tylko pokazywała je na zdjęciu. Tu buduje się zaufanie.
Co pokazuję na Instagramie, a czego nie
Widzicie mnie często bez makijażu i w gorszych momentach, a czasem wymalowaną, kiedy gdzieś wychodzę. Widzicie urywki relacji z dzieciakami. Ale to jest tylko część życia. Nie pokazuję, jak się wkurzam, kiedy dzieci wyprowadzą mnie z równowagi. Nie pokazuję, jak mam gorszy dzień i płaczę. Ani tego, jak jestem tak szczęśliwa, że nie mam czasu na Instagram.
Na Instagramie pokazujemy to, co chcemy pokazać, i trochę to, jak chcemy być odbierani. Ale nie da się mocno grać. Ja nie umiem opowiadać o czymś inaczej, niż jest, ani zakłamywać rzeczywistości – na dłuższą metę tak się nie da.
Mam wrażenie, że na początku mówiłam w relacjach zupełnie inaczej niż teraz. To kwestia pewności siebie, którą nabyłam, i otwartości. Stres zszedł i dziś potrafię nagrać się bez makijażu, zaspana, dopiero co po przebudzeniu. I to wcale nie jest komfortowe.
Zasięgi bywają różne. Są osoby, które przychodzą tylko dla wnętrz, i nie każdego interesuje Kasia – mama dwójki dzieci, która sprzedaje Raypath i ma inne współprace. To też jest dla mnie okej.
Instagram to dla mnie praca, nie tylko pamiętnik
Instagram to dla mnie nie tylko hobby i pasja do ładnych wnętrz. Chcę tu zarabiać – i już zarabiam. Traktuję go jako drugie źródło dochodu, a nie pamiętnik pięknych chwil.
Dbania o dom dopiero się uczę. Raypath i ta praca mnie w tym pilnują, bo potrzebuję materiałów do nagrań i do pokazywania, jak używać produktów. Tutaj są same plusy.
Jak łączę Instagram z pracą i dziećmi?
Dużo pytań dostaję od mam: jak daję radę, jak to łączę z pracą. Nie jest łatwo. Przychodzę z pracy, zajmuję się dziećmi, potem znowu pracą, a dopiero potem siadam do Instagrama. Weekendy to u mnie głównie Instagram – przygotowanie materiałów i rolek.
Kiedy dochodzą weekendy promocyjne Raypath, co drugi weekend jest naprawdę intensywny: materiały, kontakt z obserwującymi, wpisy na bloga. Jest tego dużo. Ale jestem bardzo dobrze zorganizowana i robię te rzeczy, które potrafię robić. Chyba dlatego mam efekty, z których jestem zadowolona – i wiem, że będą jeszcze lepsze.
FAQ
Czym są remiksy na Instagramie?
To udostępnianie cudzej rolki na swoim koncie z własnym dodatkiem – hookiem, opisem albo muzyką. Ja w ten sposób budowałam konto przez około pół roku.
Dlaczego po zmianie treści traci się obserwujących?
U mnie odchodziły osoby, które przyszły po zupełnie inne treści. Nowe publikacje przyciągały nowych ludzi, ale na początku bilans był na minusie.
Jak przestać się bać nagrywania siebie?
U mnie pomogły czas i regularność. Pewność siebie przyszła z kolejnymi nagraniami, a stres po prostu zszedł.
Reklama. Jestem niezależną partnerką Raypath. Jeśli chcesz, żeby Twoje konto też stało się czymś więcej niż pamiętnikiem, zobacz, jak zostać partnerką Raypath w moim zespole.
Przy redakcji korzystałam z pomocy narzędzi AI.

Skomentuj