Za pięknym kadrem – rozwód, szeregówka na kredyt i upadek, o którym nie mówiłam

Często dostaję wiadomości: „Masz piękne życie”, „W tym domu czuć pieniądz”, „Basen, ogród zimowy – na bogato”. Rozumiem je. Sama czasem patrzę na cudze kadry i łapię się na myśli, że ktoś ma wszystko poukładane.

Przez chwilę zresztą sama tak o sobie myślałam. Kobieta sukcesu, niezależna, z własnym domem i firmą, która rośnie z miesiąca na miesiąc. A potem życie pokazało mi, jak szybko można spaść z takiego szczytu.

Ten wpis jest o tym, co jest za kadrem. O rozwodzie, o szeregówce kupionej na kredyt w pojedynkę, o basenie i ogrodzie zimowym, na które się odważyłam, i o kryzysie, który przyszedł rok po przeprowadzce. Piszę go, bo wiem, że wiele z Was jest teraz w podobnym miejscu. Chcę, żebyście wiedziały, że z niego się wychodzi.

Salon w szeregówce wieczorem

Rozstanie bez dramatów, ale nie bez bólu

Nasz rozwód nie był historią o przemocy czy wielkich awanturach. Wydarzyło się kilka rzeczy, które zostawię dla siebie, bo nie muszą ujrzeć światła dziennego. Najprościej mówiąc: nasze drogi dość szybko zaczęły się rozchodzić.

Bardzo dużo pracowałam, a dzieciakami w dużej mierze zajmowałam się ja. Do tego doszło zwykłe zmęczenie codziennością. Czułam się przeciążona odpowiedzialnością i po prostu nie byłam szczęśliwa.

Próbowaliśmy ratować małżeństwo oboje. Byliśmy na dwóch, może trzech terapiach. Na jednej z ostatnich trochę „wymusiłam” na terapeutce odpowiedź, czy widzi dla nas szansę. Potwierdzenia nie dostałam. Padło już między nami zbyt wiele słów, których nie da się wymazać, i na wszystko patrzyliśmy przez ten bagaż.

Nie wstydzę się terapii. Uważam, że to coś, co powinniśmy mieć zarówno jako jednostki, jak i jako pary, żeby nauczyć się siebie nawzajem. Dziś wiem tylko jedno: na terapię trzeba trafić we właściwym momencie. Wtedy, gdy jest jeszcze co ratować, a nie gdy jesteśmy już tak rozjechani, że trudno cokolwiek posklejać.

Decyzję o rozstaniu podjęłam, gdy wiedziałam, że będzie mnie stać, by utrzymać się samej. Mieszkanie było moje, kredyt i rachunki też. Nie było to jednak rozstanie w podskokach. Wchodząc w małżeństwo i decydując się na dzieci, ma się nadzieję, że to na zawsze i że z każdego kryzysu wyjdziemy razem. Tak się nie stało i to bolało.

Papiery rozwodowe złożyłam mniej więcej rok po rozstaniu, także po to, żeby mąż miał czas finansowo stanąć na nogi. Wcześniej chodziliśmy na mediację, żeby spokojnie ustalić najważniejsze sprawy. Od rozstania do rozwodu minęło około półtora roku. O samym początku nowego życia pisałam też we wpisie Rozwód przed 40-tką. Jak zaczęłam od nowa.

Dlaczego zamieniłam świetne mieszkanie na dom

Paradoks polega na tym, że w naszym mieszkaniu było nam naprawdę dobrze. Poddasze miało około 120 metrów po podłodze, 83 metry powierzchni użytkowej przez skosy i duży taras. Kochałam je.

Ale moim marzeniem zawsze był dom. I nie chodziło tylko o metraż. Na osiedlu, na którym mieszkałam, nie mogłam wypuścić chłopaków na dwór, bo nie widziałabym ich z okna. Przy mojej pracy po kilkanaście godzin dziennie nie było też szans, żebym za każdym razem siedziała z nimi na placu zabaw.

Chciałam zmienić otoczenie tak, żeby dzieciaki mogły wychodzić same, spędzać czas z rówieśnikami i po prostu dobrze żyć. To był mój główny cel.

Szeregówka czy dom? Moja kalkulacja

Zawsze miałam duże marzenia i duże aspiracje. Marzył mi się duży, wolnostojący dom. Oglądałam kilka, kilka razy się przymierzałam, ale za każdym razem coś stawało na przeszkodzie. Życie to zweryfikowało, bo samodzielny kredyt oznacza po prostu bardzo wysoką ratę.

Policzyłam więc wszystko na chłodno. Mieszkanie na nowym osiedlu wychodziło drożej niż szeregówka. Domy w okolicy kosztowały podobnie albo trochę więcej, ale dochodziły dojazdy. Dla mamy dwójki dzieci, która pracuje dużo ponad etat, a dzieciaki mają zajęcia dodatkowe, każdy dojazd to problem. Wiedziałam, że muszę mieszkać w mieście.

A w mieście domy były albo bardzo drogie, albo w stanie deweloperskim tylko na obrzeżach, albo, mówiąc wprost, brzydkie i do generalnego remontu. Te w miarę do odświeżenia były poza moim budżetem.

Postawiłam na szeregówkę, ale wiedziałam, że nie każda mi przypasuje. I tu wydarzyło się coś, co do dziś wydaje mi się trochę magiczne. Kiedyś chciałam dokładnie tę szeregówkę, w której teraz mieszkam, ale wszystkie były zajęte. Gdy pojechałam oglądać, okazało się, że właśnie ta się zwolniła.

„Za te pieniądze miałabyś dom”

Nasłuchałam się sporo. Że za tę kasę miałabym dom, że lepiej sobie wybudować, że szeregówka jest za mała, że będę słyszeć sąsiadów na tarasie. Były też słowa wsparcia od najbliższych i to one były dla mnie najważniejsze.

A budowa? Nie znam się na budownictwie. Pewnie mogłabym się nauczyć, ale nie miałam na to przestrzeni. Dwójka małych dzieci, praca po kilkanaście godzin dziennie i owczarek niemiecki. Gdzie miałam znaleźć czas na jeżdżenie po materiały, pilnowanie ekip i masę formalności? Wiedziałam, że to nie jest projekt na ten etap mojego życia. Szerzej pisałam o tym we wpisie Dlaczego zrezygnowałam z domu wolnostojącego i zamieszkałam w szeregówce.

Moja szeregówka

Kredyt hipoteczny w pojedynkę, na własnej działalności

16 stycznia 2024 roku pojechałam obejrzeć szeregówkę i tego samego dnia podpisałam umowę rezerwacyjną. A potem zaczęło się to, co było najbardziej stresujące: czy na pewno dostanę kredyt?

Jestem sama na działalności i sama starałam się o kredyt. To oznaczało mnóstwo dokumentów do dostarczenia i długie czekanie na decyzję. Każdy dzień oczekiwania był napięty.

Miałam szczęście, bo moja serdeczna koleżanka jest pośredniczką kredytową. Pokazała mi najlepsze oferty z całego rynku, pomogła wypełnić papiery i złożyć wniosek, a wszystko cierpliwie wytłumaczyła. Jeśli prowadzisz działalność i stoisz przed podobną decyzją, z mojego doświadczenia wsparcie dobrego pośrednika to ogromna ulga.

Zawsze słyszałam o sobie, że spadam na cztery łapy i że pieniądze to coś, co zawsze jakoś wykombinuję. Tym razem też się udało. Więcej o samym kredycie przeczytasz we wpisie Kredyt hipoteczny jako samotna mama przed 40-tką. Czy się bałam?

Ogród zimowy i basen na kredyt – świadome ryzyko

Basen chodził mi po głowie od dawna, ale nigdy nie planowałam aż tak daleko. Ogród zimowy pojawił się dopiero wtedy, gdy zobaczyłam tę szeregówkę i zaczęłam wyobrażać sobie w niej nasze życie. Wszystko dojrzewało stopniowo.

Ogród zimowy i basen przy szeregówce

Kiedy decydowałam się na zakup, wiedziałam już, że chcę zrobić jedno i drugie. Dobrałam kredyt tak, żeby to sfinansować. Ogród zimowy rozłożyłam finansowo na dwie części: trochę dołożyłam z gotówki, ale większość poszła z kredytu.

Basen w ogrodzie przy szeregówce

Czy to było ryzykowne? Tak. Jestem ryzykantką i nie będę udawać, że jest inaczej. Zawsze jednak wiedziałam, że tak dopracowana nieruchomość znajdzie nabywcę i że na niej nie stracę. To było moje zabezpieczenie.

Jeśli myślisz o czymś podobnym, przeczytaj, czy warto mieć ogród zimowy przy szeregówce i ile kosztuje basen w ogrodzie.

Ogród przy szeregówce z basenem

Szczyt i upadek

Po przeprowadzce byłam z siebie ogromnie dumna. Ja, kobieta, sama odważyłam się wziąć kredyt. Mam dom, basen, ogród zimowy. Myślałam sobie: wow, ale ja jestem super.

Salon z kanapą w szeregówce

Dumna byłam też z firmy, bo właśnie wtedy rosła jak nigdy wcześniej. Co miesiąc mieliśmy duże wzrosty. Nie spodziewałam się, że rok po przeprowadzce przyjdzie kryzys, i to podwójnie mocny.

Szybki wzrost okazał się trudniejszy, niż wyglądał, i przyniósł kłopoty z płynnością finansową. Do tego zmiany w Google mocno obniżyły liczbę zamówień. Zaczął się łańcuszek, który ściągnął mnie z emocjonalnego szczytu na samo dno. Ten mentalny upadek naprawdę bolał.

Ale ja bardzo dużo pracuję ze swoją głową. Tak jak po rozwodzie, poukładałam sobie wszystko, rozpisałam plan działania i zaczęłam wychodzić z dołka. W kryzys można wpaść szybko, a wyjście z niego zawsze trwa dłużej. I to też jest w porządku.

Za każdym pięknym kadrem jest prawdziwe życie

To najważniejsze, co chcę Wam przekazać: nie oceniajmy cudzego życia po Instagramie i pięknych zdjęciach. Za każdym kadrem z basenem czy ogrodem zimowym stoi prawdziwe życie. Są kryzysy, rozwody, kłopoty finansowe, a u niektórych także zdrowotne.

Salon w lustrzanym odbiciu

Wierzę, że my, kobiety, mamy ogromną siłę, żeby z tego wyjść i stanąć na nogi. Jesteśmy zdeterminowane i umiemy ciężko pracować. Musimy tylko obudzić w sobie chęć i ambicję. Jeśli nie będziemy oczekiwać od życia czegoś lepszego i nie poczujemy, że na to zasługujemy, nic się nie zmieni.

Ale jeśli jasno wiemy, czego chcemy, i nie akceptujemy bagna, w którym chwilowo jesteśmy, znajdziemy drogę, żeby z niego wyjść. Po każdym upadku wstawałam silniejsza i pewniejsza siebie. Wyszłam z dołka po rozwodzie i z kilku kłopotów finansowych na różnych etapach życia.

Mam nadzieję, że takie kryzysy już się nie powtórzą. Każdy z nich uczy mnie jednak, że jestem silna. Nawet jeśli się potknę i upadnę, potrafię się podnieść. I właśnie to znaczy dla mnie być kobietą sukcesu.

Moja najważniejsza lekcja: drugi dochód

Kryzysy nauczyły mnie dywersyfikacji dochodu. Jedno źródło jest super, ale drugie po prostu musi być, szczególnie gdy jest się samodzielną mamą. Uważam, że każda kobieta powinna w ten sposób myśleć o swoim bezpieczeństwie finansowym i zadbać o nie.

Skomentuj